JAK NIE ŁOWIĆ DROBNICY NA TYCZKĘ ?

Pytanie z pozoru wydaje się banalne, ale podczas łowienia w akwenach obfitujących w drobną rybę, łowienie na zestaw skrócony może stać się zwykłą męczarnią, zamiast przyjemnością i relaksem. Oczywiście mam tutaj na myśli przede wszystkim łowienie rekreacyjne, ale niektóre uwagi mogą się również przydać zawodnikom, zwłaszcza, kiedy organizator zawodów zastosuje jakieś ograniczenie gatunkowe lub wielkościowe. I tutaj muszę się przyznać, że, kiedy jeszcze brałem udział w zawodach organizowanych przez moje koło wędkarskie, to zdarzało mi się zarówno wygrywać zawody skutecznym omijaniem łowienia drobnicy, jak i zajmować dalsze miejsca z powodu nie radzenia sobie z małym agresorem.

W sumie problem z przebiciem się przez drobne rybki, z przynętą, która z założenia ma dotrzeć do jak największej ryby występuje u mnie od początku zetknięcia się z tyczką, czyli od 6 lat. Generalnie rzecz biorąc można podzielić ten problem na strefy wodne, w których możemy spodziewać się ataków przynęty przez kilku lub kilkunastu centymetrowe, nie chciane w danym momencie gatunki. Zacznijmy od okolic powierzchniowych, gdzie zdecydowanie dominują ukleje, zwabione drobinami zanęty oraz wszelkiego rodzajami przynętami żywymi. Najwięcej można się ich spodziewać w wodach stojących i kanałach, ale również i w rzece potrafią nie dać żyć, najczęściej atakując wyjeżdżającą przynętę lub przy wolniejszym nurcie bezpośrednio przy wkładaniu zestawu do wody.

Drugą strefą, w której natkniemy się na ataki opadającej przynęty jest toń. Lista gatunków czyhających w tej strefie jest znacznie dłuższa. Występuje tutaj duże prawdopodobieństwo kolejnego spotkania z ukleją, która patroluje zarówno górne, jak i środkowe partie wody. Jednak w tych okolicach najczęściej możemy spodziewać się płoteczek od 5 do 13 cm, które wzorem uklei mogą wpaść w szał żerowania. Obok płotek w okolicach roślinności zanurzonej, jak i wynurzonej możemy się spodziewać większych ilości drobnych, ale chyba jeszcze bardziej agresywnych wzdręg. W niektórych zbiornikach wodnych może przytrafić się nam problem z malutkimi drapieżnikami zwanymi okonkami, które usiłują zamordować jak największą ilość naszej z reguły żywej przynęty przed dotarciem jej w okolice dna. I to są jakby podstawowe gatunki drobiazgów żerujących w toni, ale przy niesprzyjających układach możemy napotkać w skutek dosyć mocno pracującej zanęty podnoszące się z okolic dna małe krąpiki i leszczyki.

Ostatnim miejscem, w którym może wystąpić problem drobnych ryb jest dno. Tutaj zdecydowany prym wiodą przede wszystkim krąpiczki i leszczyki do 10 cm, ale i płoteczki nie stronią od okolic dna, a zdarzało mi się łowić ukleje nawet z położonej przynęty na dnie, lub toczącej się po dnie w kanale lub rzece. Oczywiście w tej partii wody mogą trafić się również okonki, w rzece stada kiełbi, a w stawach malutkie karaski, jednak prawdziwym utrapieniem będą w naszym łowisku drobne jazgarze, które oprócz głębokiego połykania haczyka posiadają zdolności do pokłucia naszych rąk przy wyczepianiu. Oprócz wyżej wymienionych gatunków ryb o niewielkiej długości, w różnych wodach mogą przytrafić się nam spotkania z innymi maluchami, jak choćby w rzece kleniki, jaziki, czy boleniki, jednak podstawowy problem będzie dotyczył przede wszystkim uklei, płotek, okoni, krąpików, leszczyków, kiełbików i jazgarzy, chociaż tych ostatnich jakby coraz mniej pływało w wodach, przynajmniej Wielkopolski. Nie mniej patrząc na gatunki wymienionych ryb rzuca się w oczy podstawowy podział tych ryb, a mianowicie ukleje, kiełbie i jazgarze, nawet w postaci dorosłej pozostają małymi, przeważnie niechcianymi przyłowami. Natomiast reszta gatunków po osiągnięciu odpowiedniej długości jest już dużo chętniej widziana na naszym haczyku (krąpie też potrafią sporo urosnąć i nieźle powalczyć).

JAK TEGO UNIKAĆ ?

Część tyczkarzy zapewne powie od razu, żeby zmienić zestaw na cięższy, mocno skleić zanętę, albo założyć większą przynętę. Zgoda. Omówię oczywiście i te sposoby ale… . Od kiedy zacząłem łowić na zestaw skrócony przekonałem się i to wielokrotnie, że przyzwoite i duże ryby bardzo często udaje się zachęcić do pochwycenia przynęty w pysk tylko wtedy, gdy stosuję bardzo delikatne zestawy i nieraz bardzo drobne, pojedyncze przynęty jak ochotka lub pinka. I właśnie wtedy, kiedy dany akwen obfituje w duże ilości drobnej, wszędobylskiej ryby pojawia się problem z przechwytywaniem przez nie naszej przynęty, a stosując ciężkie zestawy, lub wielkie przynęty połączone z małą aktywnością ryb pożądanych, dołączymy po prostu do grona wędkarzy, którzy twierdzą, że dzisiaj nic nie bierze.

Zanim zacznę omawiać sposoby unikania niechcianych ryb, chciałbym zaznaczyć, że problem ten nie dotyczy pojedynczych przypadków złowienia drobnej rybki w stadzie ryb przyzwoitych, ale całkowitej lub mocno ograniczonej możliwości dotarcia naszego zestawu z przynętą do dna lub łowienia z dna samych lub prawie samych rybich drobiazgów. Chodzi mi o to, że bezsensowna jest zmiana taktyki w czasie łowienia godnych naszych oczekiwań ryb, z powodu przypadkowych przechwyceń przynęty przez drobne ryby, ponieważ możemy tym zabiegiem w ogóle pozbyć się brań, a łowione ryby świadczą przecież o właściwej taktyce z naszej strony.

Teraz jednak do rzeczy.

Powierzchnia i toń:

  1. Twarde kule zanętowe

  2. Regulacja zestawu

  3. Dziwne donęcanie

  4. Inna przynęta

Okolice dna:

  1. Sposoby

  2. Mój patent

    Co zatem zrobić żeby łowienie nie stało się koszmarem, kiedy przy dnie czai się stado wygłodniałych, nieulęknionych, gotowych pochwycić do pyska wszystko w zasięgu wzroku i węchu drobnych rybek? Spróbuję dać kilka rad na przykładzie własnego doświadczenia, ale zachęcam oczywiście do szukania własnych rozwiązań.

    Zacznę od początku, czyli od samego przygotowania do wyjazdu na ryby z tyczką. Moim zwyczajem jest przygotowywanie suchej zanęty i przynęt wieczorem w przeddzień planowanej wyprawy. Wtedy to mieszam we wiadrze bazę zanętową z atraktorami i dodatkami oraz przygotowuję żywe przynęty, przy czym białe robaki i pinki przesiewam przez sito i mieszam w pudełku z garścią przygotowanej wcześniej zanęty. I teraz najważniejsze – od końca kwietnia (w zależności od długości zimy) do końca października, zawsze zabieram ze sobą średnią puszkę kukurydzy konserwowej i dzielę ją w ten sposób, że 4/5 wrzucam do zanęty (na jezioro i kanał mam 1 – 2 kg suchej mieszanki, a na rzekę 3 – 4 kg), a 1/5 zostawiam do łowienia. Jeżeli spodziewam się większego stada sporych ryb, to biorę wtedy 2 puszki kukurydzy. Do tejże zanęty przeważnie dodaję jeszcze od 0,1 do 0,25 litra pinki oraz dużą garść białych i nie zauważyłem jeszcze nigdy oznak przekarmienia łowiska. Oczywiście, jeżeli wiem, że w danym łowisku roi się od skarłowaciałych niektórych gatunków ryb, ale można ściągnąć też coś konkretnego, to do zanęty wrzucam samą kukurydzę lub ewentualnie konopie. Ale dlaczego skupiam się na kukurydzy? Kukurydza ma kilka podstawowych zalet, takich, którymi musi charakteryzować się przynęta stosowana w metodzie skróconego zestawu:


Ciężka zanęta rzeczna z gliną, mrożonymi robakami i kukurydzą. Od razu wiadomo, że nie interesują mnie kiełbiki.

Wracając jednak do głównego wątku, kiedy znajdę się już nad wodą wybieram sobie oczywiście stanowisko i obserwuję aktywność drobnicy oczkującej przy powierzchni. Po wygruntowaniu wybieram miejsce podania zanęty, którą wkładam do wody ostatnio tylko za pomocą kubeczka zanętowego, regulując stopień jej spoistości w zależności od warunków zastanych na łowisku. Wyjątkiem jest silny nurt w rzece, kiedy to potrzebuję większych, ciężkich kul z gliną lub żwirem, ale już w miejscach nieco spokojniejszych (do uciągu 10 gram) stosuję tylko kubeczek, gdyż ta precyzja zanęcania w połączeniu z finezją zestawu jest wręcz zabójczo skuteczna w łowieniu ryb spokojnego żeru. Niestety zanęta działa również na drobne ryby, które w dużych ilościach są wyjątkowo uciążliwe, ale ja wypracowałem sobie pewną taktykę, która wygląda tak:


W każdej partii wody starorzecza, na którym złowiłem te ryby dominują bardzo agresywne ukleje i może trudno w to uwierzyć, ale wszystkie te ryby (płocie, krąpie i leszcze, a nawet 2 ukleje) złowiłem na pół ziarna kukurydzy. Bez przynęty roślinnej nie byłbym w stanie w ogóle dotrzeć do dna (3– 4 metry).


Na pinki i białe zawsze pierwsze były wzdrążki do 13 cm, na jedno ziarno kukurydzy brały wzdręgi od 15 do 20 cm, ale kiedy zakładałem 2 ziarna, to trafiały się takie pod trzydziestkę.


A to efekt kanapki kukurydzy z białym. Nie muszę chyba opisywać jak przebiegała walka na zestaw skrócony, zwłaszcza z tym karpiem, chociaż dodam, że leszcze też miały swoją moc.


Skarłowaciałe płoteczki, które zdecydowanie dominują w tym jeziorze nie dawały spokoju ziarnu kukurydzy założonemu na mój haczyk, ale cierpliwość w nie zacinaniu ciągłych brań zaowocowała piękną walką na tyczkę z karpiem, który za wszelką cenę usiłował dotrzeć do trzciny.

KĄCIK SZCZEROŚCI

Na zakończenie muszę dodać, że w ciągu całego roku łowienia na tyczkę rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się również i takie dni, kiedy ryby gdzieś znikają i ciężko doczekać się w ogóle jakichkolwiek brań. Są to najczęściej pierwsze dni nagłych zmian pogodowych, takich jak znaczny spadek lub wzrost ciśnienia, albo temperatury, czy bardzo silny wiatr, lub nagła flauta. Wtedy to po mniej więcej dwóch lub trzech bezczynnych godzinach siedzenia zaczynam sam szukać małych rybek, żeby chociaż trochę uprzyjemnić sobie z trudem zorganizowany czas nad wodą. Jednak mimo wszystko częściej drobne rybki są problemem, z którym dobry tyczkarz (zwłaszcza zawodnik) powinien sobie radzić i mam nadzieję, że moje uwagi w tej kwestii się na coś przydadzą.

PK